piątek, 3 stycznia 2020

Święta w polskiej ambasadzie!


Właśnie wstał Filip z charakterystycznie kręcącym się na tę okoliczność nadgarstkiem tak, jak nikomu się nie kręci i wiadomym dla mnie było, że idzie sobie zmierzyć cukier. Idzie, bo przyszedł do salonu i uprzedzając moje ewentualne pytanie o samopoczucie poruszał sobie właśnie tym nadgarstkiem na wysokości mniej więcej szyi, co oznacza w jego cukrzycowym miganiu poziom w okolicach 60 mg%. Spojrzałam na zegar, 1:30 w nocy. Lubię pisać w nocy bo jest cichutko. Odkąd mieszkamy w Nowym Jorku to cichutko jest tylko nocą, rzeczywiście cukier na cudnie niskim poziomie, po dwutygodniowym sarmackim prawie Bożym Narodzeniu, zobaczyć cukier 60 to jakby na nowo pierwszą gwiazdkę zobaczyć, choć to raczej słabe porównanie, bo mi jakoś ta gwiazdka w rodzinie się nie przyjęła i zasiadamy do wigilijnego stołu kiedy jesteśmy gotowi. Mi się to nie zbiega niestety w jedno. Mojej mamie też się nigdy nie zbiegało, nie ma więc na starcie świątecznej spiny. Mama jedynie nerwowo reaguje na bijące w kościele dzwony, że "teraz powinno się zaczynać, a tu jak zwykle po czasie". To "jak zwykle" jest kąśliwe, ale nie ma tego wieczoru żadnej mocy sprawczej. Siedzimy za to do północy. Odkąd mamy Kornelię, mamy to znaczy mamy taką i w dodatku mamy na Wigilii to śpiewamy kolędy chyba wszystkie, jakie kiedykolwiek powstały. Chłopcy tego dotąd nie lubili, a w tym roku dali się unieść. Przenosimy się wtedy od stołu do fotelowo-kanapowo- podłogowego kręgu, pijemy Martini i śpiewamy. Nie wiem czy wypada pisać o tym Martini, ale ja sobie nie wyobrażam czyichkolwiek urodzin bez Martini, zatem tyle w temacie. Gościliśmy w tym roku na święta przyjaciela Kornelii, czarującego Wiktora, zwanego przeze mnie Wikusiem i on dodatkowo nam te święta w najlepszym znaczeniu napompował. No bo była okazja - zawaliłam tylko z tą pierwszą gwiazdką - pokazać chłopakowi rozmach naszej polsko-katolickiej tradycji. Nie pominęłam niczego ku zdumieniu nawet moich rodziców - zdumienie Janusza i mojej siostry graniczyło z zakłopotaniem. Chłopcy i moje siostrzenice w mig pojęli, że to taki sztandar, który unoszę wysoko ponad kontynenty ku chwale ojczyzny i religii ojców naszych Amen. I chyba coś jest na rzeczy, że kiedy człowiek zasiada po raz pierwszy przy polskim świątecznym stole to powinien dostać tę Polskę pięknie opakowaną i niech pęka z zazdrości jak my mamy fajnie. Zapytałam więc Wiktora, zwanego przeze mnie Wikusiem jak to u nich, jakie mają piękne tradycje, jakie potrawy, jakie modlitwy, jakie kolędy, troszkę się zapędziłam, bo mój angielski mówiony jako tako, ale słuchany musiałam ciągle podkręcać ciepłym, betlejemskim uśmiechem, co by chłopakowi nie odebrać przyjemności opowiadania. Ciągle robiłam takie infantylne "oooooo", przechylając głowę to w stronę Janusza, to siostry i teraz nie wiem czy to Martini czy suahili raz po raz wplatany w te opowieści rozczulił mnie bez reszty. Rozczulił mnie zwłaszcza wątek, że w domu Wikusia jest taki sam zwyczaj jak w moim, że całą rodziną siadamy w kręgu, śpiewamy i na przemian opowiadamy o wigiliach z dzieciństwa i różnych historiach z Dzieciątkiem w tle. Żeby była jasność u mnie w domu nie ma takiej tradycji, ale moje zamiłowanie do teatralizacji rzeczywistości i przestrzeni kazało mi ją naprędce stworzyć i szczerze mówiąc, wyszło nie głupio. Chłopcy dali się ponieść atmosferze, od pierwszych chwil wiedzieli, że musimy być pięknie dostojni jako ta ambasada kultury polskiej i Mikołaj przeczytał fragmenty Pisma Świętego tak, jakby od tego czytania zależeć miał los pokoju na świecie. Wzruszyli się moi kochani Rodzice staruszkowie, wzruszyła się moja siostra, wzruszył się Wikuś i wszyscy tacy wzruszeni zasiedliśmy do kolacji. Wszystko było  deliszys i eksylent, czy było czy nie było nie ma to najmniejszego znaczenia, bo chłopak może nie znał zwyczaju z siankiem pod obrusem i do głowy mu nie przyszło, że tyle można znać pięknych kolęd, ale wiedział doskonale, że trzeba zachwalać wysiłki pani domu, czyli moje i po każdym kęsie coś jej miłego powiedzieć. Dobrze, że wieczór był taki krótki, bo w programie było jeszcze czytanie "Chłopów" Reymonta, rzecz jasna fragmentów wigilijnych (które skądinąd uwielbiam), ale ponieważ nad życie kocham Filipa i Mikołaja to nie chciałam im tego wieczoru zamienić w jakiś koszmar, bo u nich ciągle obcowanie w klasyką polskiej literatury jawi się jako koszmar. To minie. To minie. Tradycja o bezwzględnej konieczności skosztowania choćby, ale wszystkich potraw oczarowała Wikusia  pomimo tego, że Filip, odkąd przeszedł na wegetarianizm szkalował to rybne wigilijne barbarzyństwo. I pomimo Filipa i pomimo Wikusia przeżyliśmy cudowne jeszcze jedno Boże Narodzenie. Pomimo Filipa, bo raczył się tylko barszczem, dwanaście razy barszczem (bo uwielbia, a chciał mieć święta takie jak uwielbia) i pomimo Wiktora, bo muszę jednak podszkolić angielski (okazało się, że ja tylko muszę...)  Cukrzyca Filipka niestety nie wiedziała, że mamy takie uroczyste święta i że wypada też się pięknie zaprezentować. Dała popis. Wegetarianizm troszkę może ratuje morski świat, ale niestety domaga się innych ofiar...

niedziela, 10 listopada 2019

10 listopada

Uwielbiam listopad. To jest taki miesiąc prawdy, kiedy nic w sztuczny sposób nie podkręca nastroju. Jest jak jest, po prostu. Daleko do Bożego Narodzenia, daleko do wszystkiego. Dni płyną w swoim tempie. Gdyby życie składało się tylko z listopadów, żylibyśmy dłużej,  bo wolniej. Normalnie o tej porze miesiąca jest już dwudziesty, dwudziesty drugi, a dzisiaj dopiero dziesiąty. 
Weszłam wieczorem do mamy na minutę, a ona do mnie, że nie ma skąd wziąć aż tylu krzeseł, że  jak się zmieścimy przy wigilijnym stole ... I jakoś mnie zaniepokoił ten niezgodny z moim maminy  kalendarz. U niej już święta za moment, a ja ciągle i ciągle snuję się powoli po dziesiątym listopada i jedenasty jeszcze daleko. Mamy te same motywacje - chcemy rządzić czasem. Ja za Boga nie chcę niczego przyspieszać i uważam, by go  nie roztrwonić, bo po epikurejsku  chcę się nażyć życiem, zanim skończę... zanim skończę dziesiątego listopada, a moja mama chce zaplanować święta, żeby zaklinać rzeczywistość, żeby mieć umowną gwarancję, że te święta będą, że ona będzie.
Patrzyłam dzisiaj na jej twarz, przyglądałam się jej inaczej niż zwykle, uważniej i odkryłam jej zmarszczki. Jakby powstały dzisiaj. Może dlatego, że ten dziesiąty listopada jest taki długi i te zmarszczki robiły się od rana do teraz. Dałabym głowę, że wczoraj moja mama miała inną zupełnie twarz. Niewiarygodnie wygrawerowane życie na twarzy, z dziesiątkami króciutkich historyjek i kilkoma jakby po dzirycie. Struchlałam cała od tego patrzenia, poczułam, że pomimo łapczywego życia, pomimo usilnego celebrowania banałów kalendarza, moja mama jest staruszką. A mama nie powinna nią być, mama to jest mama, a nie staruszka. Staruszki są cudze, a mama powinna być mamą. Moja definicja mamy powstała pewnie gdzieś w '92 i taka we mnie została do dzisiaj, a dzisiaj moją mamę odkryłam na nowo.Odkryłam bo dzieisiąty listopada jest taki długi i jest czas, żeby przyjrzeć się mamie uważnie. Moje przyglądanie się przerwał tata, pocieszny ze sportową laską przerwał tvp historię i przyszurał do kuchni uradowany moim widokiem. On się starzeje inaczej, nie przybywa mu zmarszczek, jakby było mniej do grawerowania. Chciał coś opowiedzieć, ale oparty o kuchenny kredens kłopotliwie się zawiesił nad pokracznymi głoskami, które nie chciały z niego wyjść, ani tym bardziej się posklejać w cokolwiek. Całe życie taka pogodna gaduła, taki gawędziarz kolorowy i udar. Patrzyłam to na mamę, to na tatę i pewnie, gdyby nie ten dziesiąty listopada opowiedziałabym im pokrótce "Boże Ciało", ale że dni listopadowe nie są od opowiadania czegokolwiek pokrótce, to wróciłam do planowania z mamą Bożego Narodzenia. Krzeseł wystarczy, zresztą można też zasiąść w fotelach, najważniejsze, żebyśmy byli. Potem planowałyśmy, kto upiecze ciasta i czy oszczędzanie prądu na święta ma sens, jak to tata ma w zwyczaju oszczędzać i nie zapalać światełek na choince. Chciałam, żeby mieli gwarancję, ja będę powolutku przekraczać próg kolejnego dnia, a oni niech mają gwarancję Pasterki - "Tylko musicie nas zawieźć do kościoła, bo jakby tak napadało śniegu i mróz by chwycił, to my z tatą już nie damy rady dojść, a wiesz jak tam koło przedszkola potrafi być ślisko" Wróciłam do chłopaków w nastroju cokolwiek podejrzanym, zapytali co u babci? "Nic. Planowałyśmy święta". Zaniepokojeni takim rozwojem spraw poukładali mi na nowo kalendarz: "Mamo, jakie święta? Przecież jeszcze do świąt jest strasznie daleko!"
No bo każdy ma swój kalendarz i swój zegar. One się nie synchronizują. Robią, co chcą. A ja robię, co mogę, żeby czas spowolnił, żeby nie mieć tej paskudnej życiowej zadyszki od poniedziałku do piątku, a  potem po południu w niedzielę, robię, co mogę, żeby żyć dokładniej i właśnie się zorientowałam, że poniedziałek był dawno temu, że Filip nosi siedmiodniowe wkłucie, że  pojutrze z kartki na lodówce było przedwczoraj. Pojutrze było przedwczoraj.

wtorek, 4 czerwca 2019

Przemądrzalec i tyle!


Zauważyłam, że od jakiegoś czasu, miesiąca, może dwóch,  nie zabieram ze sobą do pracy cukrzycy Filipka.  I to jest przełomowa zupełnie obserwacja, kiedy odprawiam lekcję, a telefon ani drgnie. Wracam do domu i oczom moim ukazuje się lekko naruszona kuchnia, w której synowie moi dopiero co smażyli jajecznicę, a obok patelni błyszczą dwa cieniuteńkie, bieluteńkie, lekko zakrwawione paski contour plus. „Jak tam dzisiaj cukry?” – pytam niby od niechcenia, żeby nie zapytać czy wszystko dobrze policzone, czy w ogóle policzone, no i co było do liczenia. Dowiaduję się, że cukry idealne, że może nie jakoś idealnie policzone kalorie, ale  jak się ma idealną intuicję, to na tzw. oko można idealnie strzelać. Pytam, no to jakie te cukry i zaczyna się nerwowe poszukiwanie glukometru (te paski koło patelni to chyba ze śniadania, dwa, bo czasem się dziecko zagapi i wyjmuje pasek dla samego wyjęcia). Owszem, to maleńkie urządzenie, ale jednak widoczne gołym okiem, więc zaczyna się poszukiwanie. Sugeruję, żeby może syn mój zechciał sobie przypomnieć gdzie ostatnio mierzył cukier, bo pewnie tam najłatwiej będzie odnaleźć sprzęt. Sugestia zdaje się na nic – wystarczy spojrzeć w te dwunastoletnie oczy, żeby w mig się zorientować, że czarna dziura w pamięci.
„Synku, jeśli to nie było w ubiegłym tygodniu, tylko dwie godziny temu, to może jednak glukometr leży w promieniu trzech metrów”. Jest, znajduje się nakłuwacz, leżał na parapecie za zdjęciem Mikołaja. Jak to sam nakłuwacz tam leżał? A co może robić na parapecie sam nakłuwacz? Pytam samą siebie, bo przecież poszukiwacz zaginionej arki w maksymalnym już poirytowaniu przekopuje kosz z brudnymi ubraniami, bo może w dżinsach. Nie wtrącam się, bo temperatura rośnie i za moment się woda cukrzycowa zagotuje. Jest, znalazł się, na dnie szkolnego plecaka. Jak to na dnie plecaka skoro jest po osiemnastej? Dlaczego nakłuwacz jest już poza plecakiem? Tajemnica nie jest wcale taką tajemnicą, jakby się mogło wydawać. Po południu Filip zamierzał przed jajecznicą zmierzyć cukier, ale rozproszył się telefonem kolegi, który nadziwić się nie mógł, że taka ładna pogoda i że muszą udoskonalić coś tam, coś tam hulajnogowego, a że telefon leżał na parapecie, to i nakłuwacz tam się znalazł, tyle, że nieco się wsunął za zdjęcie, żeby nie spaść. Glukometr, można by sądzić, w obawie, żeby nie spaść schował się z powrotem do szkolnego plecaka, ale nie, to dzielny glukometr, żaden tam panikarz z byle powodu. On po prostu godnie tam leżał od wczesnych godzin porannych, zbędny zupełnie przed obiadem i przez całe popołudnie. Wpadam w szał (ale mój szał to nie taki szał typu wrzask wariatki, tylko metodyczne nękanie dziecka i straszenie go najgorszymi konsekwencjami cukrzycowych fajerwerków). Staram się, żeby moje było na wierzchu, więc nękanie przybiera na sile. Na wierzchu jest Filipowe, zapewnia mnie, że nie jest jakimś burakiem, że wsłuchuje się uważnie w swój organizm, że rozpoznaje doskonale wszelkie wahania cukru, że zna chyba siebie bardzo dobrze i że od dziesięciu lat w kółko mierzy i wie i czuje i nawet jak na oko podaje insę (insę!) to chyba wie, co robi, bo przecież ma idealną intuicję i że chyba świetnie funkcjonuje i że nie zdaję sobie sprawy, jak czasem trzeba szybko się teleportować na szkolną stołówkę, to wracać po glukometr do sali byłoby buractwem i że mogłabym doceniać, jak doskonale zapamiętuje wszystkie bolusy i kaloryczność posiłków, a jak nie zapamiętuje to po prostu nie je, a poza wszystkim, to w szkole są obrzydliwe ziemniaki i że jeśli od czasu do czasu zapomni zmierzy c cukier to świat się jeszcze nie zsuwa w przepaść. A poza tym jak tylko mam ochotę, to się mogę założyć, że cukier będzie teraz idealny, bo on czuje, że taki jest. I wtedy budzi się we mnie bestia i w duchu sobie myślę, no to teraz zobaczymy, „oby przegrał, oby przegrał”. To straszne, ale czasem, jak tak słucham tego przemądrzalca to mi się nóż otwiera w kieszeni (oby nie przeczytał tego nikt z opieki społecznej). I mierzy cukier. 80mg%. Niech to szlag… No różne mam metody na ten stan swojego pogruchotanego matczynego ducha. Głęboko oddycham tak, żeby chłopcy słyszeli w drugim pokoju, albo zamykam się w łazience, napełniam wannę i zamieszkuję w niej tak ze dwie godziny, albo idę na kuchenny balkon (w zimie nie chodzę) i gapię się na przejeżdżające auta, bo taki mam jedynie wiejski, uroczy widok z kuchennego balkonu, który w moim dzieciństwie był oazą spokoju i ciszy, a teraz jest jakby w centrum Nowego Jorku. W każdym razie złość mi przemija, raz szybciej, raz wolniej, ale przemija. Następnego dnia wszystko się pięknie układa od nowa, a  przemądrzalec zostaje przemądrzalcem  i takiego muszę go kochać.

P.S. Gdyby z jakiegoś powodu zajrzała tutaj Pani nasza Docent kochana, to pozwolę sobie na uwagę, że przemądrzalec bywa też niesłychanie posłusznym aniołkiem, co to mierzy cukier siedemnaście razy dziennie. Rzadko, ale bywa.

niedziela, 26 maja 2019

Ecce homo, taka trauma z dzieciństwa

Uwielbiam teatr. Pamiętam, 34 lata temu po raz pierwszy wystąpiłam na scenie, na czymś, co uznałam za scenę, w czymś, co uznałam za teatr, z tekstem, który zapadł we mnie najgłębiej jak można i został i wzrusza za każdym razem, kiedy go robię, a robię, jak to w slangu nauczycielskim zwykło się mawiać. To był hymn Kochanowskiego "Czego chcesz od nas, Panie" i parafialny konkurs poezji i prozy religijnej. Mówię teatr, bo ówczesny nasz proboszcz, poza wieloma innymi cechami, miał jakiś taki zmysł artystyczny i cały turniej odbył się w scenerii... no nie wiem jak ją ładnie określić... łąkowej. Mamy na wsi taką łąkę, a na niej brzozy, a za nimi grotę z figurą Matki Boskiej Fatimskiej, a za nią rzekę, rzeczkę raczej i wzgórze, pagórek raczej. 
Wiersz ten podsunął mi wtedy Janusz Legoń, zresztą od 34 lat mi coś podsuwa i to jest zawsze dobre. Przy odrobinie wysiłku i  minimum nakładów finansowych tę łąkę, łączkę raczej można zaczarować i zrobić z niej piękny plenerowy teatr. Ten turniej poetycki wtedy zorganizowany był wieczorem, nie darzyłam sympatią organizatora, ale pomysł, żeby poezja religijna wybrzmiała pod osłoną nocy i przy blasku księżyca (nie pamiętam księżyca, obstawiam w ślepo) był genialny, Po prostu genialny. Wygrałam ten konkurs i postanowiłam, że nigdy więcej nie stanę na scenie, ani na fatimskim podeście wśród kwiecia, ani na żadnej innej. Stres mnie zjadał, kawałek po kawałku, a moja najsurowsza pod słońcem - pod księżycem - mama zamiast dodać mi otuchy, karciła za wszystko, za włosy za mało religijne, za ręce za mało religijne, za barwę głosu za mało religijną, za wiersz za mało religijny, za sukienkę za mało religijną i za spojrzenie - w ogóle strasznie złe! Trochę skromności! Rok później stałam ponownie na scenie, tym razem profesjonalnej, w remizie strażackiej i płakałam razem z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim nad losem Wita Stwosza - "Synku, niebo się chmurzy, zasłonię cię od burzy..." Lubię sobie popłakać, a przy tych słowach płaczę nawet dzisiaj, bo jest w nich coś nadzwyczajnie pięknego i dobrego, tak czuję, kiedy patrzę na burzowe dni w życiu Mikołaja czy Filipa. Wtedy miałam zaledwie 13 lat i o macierzyństwie wiedziałam tyle, że na pewno będę mamą i że to będzie sens mojego życia i będę nad kołyską swojemu synkowi powtarzać te słowa zamiast wieczornej modlitwy. Chyba wtedy przesadziłam z płaczem, bo akurat w dniu eliminacji był pogrzeb mojej babci i akurat z tamtej perspektywy, a nie w ogóle, to był dobry zbieg wydarzeń, ale nie zgarnęłam złota. Zgarnęła je Ania M., którą spotkałam podczas jakiejś szkolnej imprezy, a ona po 32 latach przy kawie mówi do mnie "Synku, niebo się chmurzy...." i tak dalej. Wzruszyłyśmy się obie, ja dodatkowo się zakłopotałam, bo kompletnie nie pamiętałam, czym mnie Ania na tamtym konkursie zmiażdżyła. Głupie słowo. Mówię je z sympatii do Anny M. i z podziwu wielkiego, bo robi dzisiaj rzeczy niesamowite i teraz to rzeczywiście miażdży. Przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie stanę na scenie i że jak będę mamą, to będę usypiać synka tym Gałczyńskim i tyle, i że to koniec i mama moja musi się z tym drugim miejscem pogodzić. Rok później znalazłam sobie wiersz Norwida "Dwa męczeństwa". Piękny. W ogóle go nie rozumiałam, szłam w ślepo w cudze emocje. Nie poprosiłam o pomoc w interpretacji, bo nie. W ostatniej chwili z pomocą przyszedł Janusz Legoń, zapytałam o momenty, resztę sobie dopowiedziałam. Kompromitacja była na miarę wielkiego Norwida -  w ostatnich słowach, pięknych, najważniejszych miałam powiedzieć "ecce homo". Powiedziałam po swojemu, po pokracznemu. Jury taktownie ani drgnęło aż do werdyktu. Aż do werdyktu nie byłam też świadoma tej wpadki. Kiedy odebrałam srebro dostałam ekspresową lekcję wymowy łacińskiej od jakiegoś pana z brodą. O Boże, co za wstyd! Wolno nie znać wymowy łacińskiej, jak się ma 14 bodaj lat, ale jak się porywa na Norwida to wypada go publicznie przynajmniej nie ośmieszyć. Przysięgłam sobie wtedy, że już nigdy w życiu nie spojrzę nawet w stronę sceny, a po powrocie do domu opasłego Norwida wepchnęłam za "Cichy Don" Szołochowa i od tylu lat zawsze najpierw Szołochow, potem Norwid, a Norwid w drugim szeregu. Żyłam nadzieją, że z czasem rana się zagoi, a gdy nie będę patrzeć na narzędzie tortur to zagoi się dwa razy szybciej. Nadal się zagaja. Przestałam sobie potem głupio przysięgać. Po prostu przestałam wychodzić na scenę. Kocham ją, ale dzisiaj już zupełnie inaczej.

Dzisiaj jest dzień matki, podziękowałam chłopcom, że mogę być ich mamą, przytuliłam serdecznie, ucałowałam i dałam 5 zł na lody. I dodałam, że jak chcą to mogą mi zrobić jakąś małą, ale w żadnym razie nie materialną przyjemność. Filip jeszcze myśli, a Mikołaj odpalił potężne działo: "Wiesz, wybiorę się z tobą, mamo, na "Trojanki" do teatru w Cieszynie. Wydaje mi się, że to będzie świetny spektakl". Umarłam.   

Osiecka nie chce mi się znudzić - "Siedzę w Mławie", uwielbiam :-)

piątek, 24 maja 2019

Jakbym co najmniej nie miał rąk!

Nie przepadam za grupami wsparcia, fanklubami, kręgami i kołami. Próbowałam się kilkakrotnie przekonać za czyjąś tam namową, nadal nie przepadam. Ale ponieważ nie wiem jak się wypisać z facebookowych kręgów, to od czasu do czasu czytam wpisy umacniające poczucie wspólnoty kogoś tam z kimś tam. Wczoraj uderzył mnie wpis, apel nawet, mamy dziesięcioletniego cukrzyka o ratunek. Przeczytałam, bo mam taki odruch reagowania na apel o ratunek. Mama nie mogla się nadziwić, że państwo odmawia jej przyznania opieki nad dzieckiem, tzn. przyznania świadczenia pielęgnacyjnego. Od dawna obserwuję, jak czasami dziecko z cukrzycą zamienia się w kalekę, niezdolną do samodzielnego funkcjonowania, naznaczoną i co najgorsze, oczekującą od społeczeństwa jakiejś szczególnej uwagi. Kiedy Filip zachorował miał dwa latka. Wtedy
oczekiwałam wsparcia. Ale dziesięciolatek musi być samodzielny. Musi umieć przygotować sobie prosty posiłek, musi umieć dodawać, odejmować, musi znać podstawy działania ułamków - to trzeba przy liczeniu insuliny znać. Mierzenie cukru tradycyjną metodą opanowuje do perfekcji sześciolatek, nowoczesna opanowuje się sama. Wymianę wkłucia, z naszej perspektywy najmniej przyjemną, robi się co trzy dni, więc nie jakoś okropnie często. Nie mam pojęcia po co miałabym siedzieć w domu? Dlaczego miałabym nie pracować? Przeraża mnie wizja wychowania człowieka, który cały czas liczy na czyjąś pomoc, cały czas uzależnia swoją codzienność od drugiej osoby, stoi w miejscu, niczego się nie uczy, bo we wszystkim wyręcza go mama? Za kilka dni Filip jedzie na dwudniową szkolną wycieczkę. "Mamo, po co ty ze mną jedziesz? To wstyd jechać z dzieckiem chorym na cukrzycę, jakbym co najmniej nie miał rąk! Mam dwanaście lat!" Dało mi to do myślenia. Po co ja z nim jadę? Jest zupełnie samodzielny i absolutnie świadomy wszystkiego, co się nazywa cukrzycą, to po co? "Filipku, zdarza ci się czasem wyrwać wkłucie, co zrobisz jak wyrwiesz? Nie umiesz sobie go wymienić, tego jednego jeszcze nie umiesz. Dlatego jadę!" Ten wykrzyknik był odpowiedzią na straszne poirytowanie Filipa, bo przecież nie jest kaleką. "To się dzisiaj nauczę, zresztą prawie umiem. Wielkie halo wymienić wkłucie". Obiecałam mu, że jadę z nim ostatni raz w życiu, bo zadeklarowałam już tak w szkole, że nigdy więcej go tak nie zawstydzę i nie wprawię w żenujące zakłopotanie, jakoby był niezdolny do samodzielności. W grupach wsparcia, kręgach, kołach tendencja jest zupełnie inna, nie wynoszę się, ale jest zupełnie inna. Inna w myśl tytułu niegdysiejszej ministerialnej publikacji a propos uczniów przewlekle chorych "ONE SĄ WŚRÓD NAS".  O zgrozo! Boję się wychować wołową dupę, roszczącą sobie dodatkowe przywileje, jakby cukrzyca była ku temu najmniejszym choćby powodem. I chyba w kwestii tego wychowania jest nieźle. Czasem obserwuję pod tym kątem dzieci i młodzież i rodziców tych dzieci i młodzieży i nadziwić się nie mogę, jak modne stało się użalanie nad sobą, nad swoim losem, nad dolegliwościami, nad bólem brzucha, palca, nad tym, że za dużo, że za męcząco, że ciężko, że niewygodnie, że ... Ciągle dziękuję Bogu za chorobę Filipa, wszystko dzięki niej jest paradoksalnie prostsze.